czwartek, 21 sierpnia 2014

Proszę nie gub się nigdy więcej! O najlepszym kosmetyku pod słońcem!

Znacie ten ból, gdy wasz ukochany kosmetyk idealny nagle  gubi się/kończy/wycofują go ze sprzedaży? Dziś rano znalazłam swoją zagubioną jedyną i najwspanialszą najlepszą (wegańska!) pomadkę pielęgnacyjną pod słońcem! Schowała się w kieszeni, którejś kurtki - i ten post będzie peanem na jej cześć!


Miało być o włosach, ale znalezienie tej zguby po ponad miesiącu poszukiwań  poprawiło mi nastrój na cały dzień. Co chwilę sięgałam dziś do kieszeni spódnicy, by sprawdzić czy tam na pewno jeszcze jest i oczywiście, by wysmarować nią usta! 

Bohaterem dnia została:

POMADKA PIELĘGNACYJNA "CRAZY RUMOURS" O SMAKU APPLE SPICE

Jak widać na zdjęciu, z tęsknoty za nią, zakupiłam jeszcze dwa inne smaki Orange Creamside oraz Gingerbread ze zdjęciem ciastka ze Shreka (albo innym pierniczkiem). Jednak to ta pierwsza - o smaku cynamonowego jabłka - podbiła moje serce. Od razu pochwaliłam się dziś mojej przyjaciółce znalezieniem zguby, którą ona oczywiście gorliwie obwąchała! Stwierdziła że ten zapach przypomina jej nieco jakąś amerykańską gumę balonową! Ja czuję raczej nuty cynamonu, które przywodzą na myśl winne grzańce z przyprawami w zimowe wieczory.
Najważniejsze - zapach jest naprawdę naturalny i całkiem intensywny! Wyczuł go nawet mój kolega, podwożący mnie autem! .

Pomadka z ciastkiem! Przepyszna :)


Poplotkujmy o pomadkach

Skąd je wytrzasnęłam? Nie powiem - że o nie łatwo. Jeśli jednak - tak jak ja - szukacie pomadek bardzo ekologicznych, natualnych lub 100% wegańskich - napewno w końcu natraficie na te szalone ploteczki, czyli crazy rumours
Crazy Rumours to jedne z bardzo nielicznych pomadek pielęgnacyjnych, które są 100% vegan, czyli nie zawierają w składzie nie tylko produktów odzwierzęcych (np. miód, mleko, lanolina). Nie tylko weganki będą zadowolone, ale i większość dziewczyn - te pomadki przepięknie pachną a  zawarte w nich naturalne olejki i ekstrakty naprawdę świetnie pielęgnują usta. Co więcej, kosmetyki te nie są testowane na zwierzętach. Ich smak jest zbliżony do tego opisywanego na opakowaniu, bardzo natualny, raczej dyskretny. Apple juice akurat mi całkiem smakuje, smak pozostałych nie jest zauważalny.

Czego chcieć więcej? Nawilżenia?

Proszę bardzo. Stopień nawilżenia również pozytywnie mnie zaskoczył. Ta pomadka naprawdę robi coś dobrego z ustami (wszystkie smaki). Czuć, że składniki są bardzo wysokiej jakości, a kolejne aplikacje to bardziej kwestia zachwytu nad smakiem i zapachem niż faktyczna potrzeba.  Usta są satynowe i gładkie!




 Gdzie kupić?

Swoją pierwszą pomadkę zakupiłam całkiem przypadkowo w niemieckim sklepie internetowym dla wegan (www.vegan-wonderland.de) w cenie około 3,70 euro. Później odkryłam, że w Kolonii można je dostać także w sklepie Vegetaja i wybór jest ogromny! Jeśli jesteście zainteresowane ich kupnem w Niemczech polecam odwiedzić stronę na facebooku (tutaj), albo sprawdzić adresy sklepów stacjonarnie w mieście, w którym przebywacie lub które odwiedzacie (tutaj). W często odwiedzanym Berlinie bez problemu znajdziecie je w sieci marketów Veganz przy Warschauer Str. albo Schivelbeinstr. na Prenzlauerbergu.

W Polsce dostępne są niestety tylko u jednego dystrybutora - mianowicie w sklepie internetowym Sweet Piggy . Niestety linia TEA FLAVOUR - BREW, z której pochodzi Apple Spice, nie jest w sprzedaży (może warto im trochę pomarudzić, żeby sprowadzili ;) Jest przepyszna!), ale jest sporo innych smaków, a także duży wybór kolorowych balsamów i błyszczyków.
Cena ok. 16,50 zł plus przesyłka.



Inne smaki?

Całe mnóstwo! Wystarczy wejść na stronę. Mój faworyt to cały zestaw skomponowanych smakowo pomadek np. sweatheart albo coffe. A może nawet i mystery flavour? Ciekawe jaki miałby smak? Z pewnością zaopatrzę się także w jakiś błyszczyk. Recenzja gwarantowana!



A na koniec skład (rewelacyjny)


  • Organiczne Shea Butter (Butyrospermum Parkii) 
  • Olej Jojoba (Simmondsia Chinensis)
  • Organiczna oliwa z oliwek extra virgin (olea Europaea) Olejki eteryczne i naturalne aromaty -essencje i ekstrakty z roślin m.in.  przyprawy, owoce, soki owocowe, zioła, pąki, korzenie liście roślin 
  • Candelilla Wax (Euphorbia Cerifera) pozyskiwany z liści i łodyg krzewów candelilla (północny Meksyk i USA). Alternatywa dla wosku pszczeglego.
  • Carnauba wax pozyskiwany z liści palmy brazylijskiej carnauba 
  • Wosk skojowy (Glycine Soja) powstaje na bazie oleju sojowego
  •  Stevia (Eupatorium Rebaudianum – Bertoni) 
  • Mika 
  • Ironoxid- pigment mineralny, faktor UV 
  • Titandioxid - ochrona przed słońcem.
  • Witamina E (Tocopherol)


Czy wy też macie kosmetyk, bez którego trudno wam się obejść?
Jaki smak pomadek najbardziej lubicie?

(wysmarowana cynamonowo :)
Alice 

środa, 13 sierpnia 2014

Potęga przyzwyczajenia: zmień swoje włosy w 28 dni!



#1 Z notatnika włosomaniaczki


W blogosferze tzw. włosomaniaczek roi się od happy endów i historii, o tym jak świadoma pielęgnacja czupryny doprowadziła do rewolucji na głowie oraz W głowie jej posiadaczki. Włosomaniackie oświecenie niechybnie prowadzi do celu - idealna fryzura budzi zachwyt -  koniecznie cechuje ją zdefiniowany i podkreślony skręt, opadająca na ramiona tafla albo  otulająca twarz burza loków. Choć często porównania przed i po budzą zachwyt, zawsze zastanawiałam się, na ile pielęgnacja włosów to świadoma praca, a na ile po prostu wykształcony całkiem automatyczny nawyk. Czy kieruje nami tylko przyzwyczajenie?

Siła przyzwyczajenia

Każdej z nas znana jest teoria o tym, że potrzeba około 28 dni na wykształcenie nowego nawyku. Przekazy ustne dopasowują tę liczbę do poczucia humoru mówiącego – czasami jest to tyle dni ile przykazań, czasami wiek osiągnięcia pełnoletniości czy utraty dziewictwa. Zasadniczo nie chodzi tutaj o jakąś konkretną cyfrę czy o znajdowanie naukowego dowodu, co raczej o stwierdzenie faktu - nawyki można kształtować.

To szeroko rozpowszechnione przekonanie zawdzięczamy najprawdopodobniej badaniom chirurga plastycznego Maxwella Maltza. W latach 60ych opublikował on swoją bestsellerową książkę o psychocybernetyce, w której dowodzi, że 21 dni to dokładnie tyle czasu, ile potrzeba osobie po amputacji kończyny na przyzwyczajenie się do jej braku. Analogie do codziennych rutyn zawojowały świat wydawców poradników psychologicznych, a książki motywujące do zmiany nawyków zdominowały księgarniane półki (Słynne 7 nawyków skutecznego działania to tylko wierzchołek góry lodowej).


28 dni dla pięknych włosów

Osobiście dbam o swoje włosy "metodami włosomaniaczek” stosunkowo krótko. Niejednokrotnie też łamię „włosowe przykazania”, a później pluję sobie w brodę i z niechęcią przyznaję się do jednego z "włosomaniackich grzechów", z których najpoważniejszy grzech to próżność . Niemniej  parę ciekawych trendów mogłam już zaobserwować. Przede wszystkim zmiana nawyków pielęgnacyjnych trwa bardzo długo. Tak pożądane długie włosy nie urosną ani w tydzień, ani dwa, ani tym bardziej nie w miesiąc! Toteż dopiero włosomaniaczki z wieloletnim stażem zyskują dzięki swej bujnej fryzurze szacunek otoczenia i blogosfery . 

Zmiana nawyków i rutyny pielęgnacyjnej to dopiero początek! Zwłaszcza początkujące adeptki sztuki wpatrują się w zdjęcia bardziej doświadczonych koleżanek z nieśmiałą i głęboko skrywaną nadzieją, że jeśli zakupią ten czy inny olej/odżywkę/kozieradkę/serum do zabezpieczania końcówek (niepotrzebne skreślić) ich włosy ulegną magicznej transformacji, a przechodnie na ulicy nagle zaczną rzucać kwiaty do jej stóp w akcie podziwu i admiracji. A może nawet któregoś dnia ich historia zostanie opublikowana przez jakąś uznaną blogerkę w kategorii Moja włosowa historia.

Zła wiadomość jest taka, że prawdopodobnie nie stanie się to szybko, jeśli w ogóle. Okazuje się, że zmiana przyzwyczajeń to nie taka prosta sprawa. Jednak jest też dobra wiadomość: pierwsze dni i miesiące wytrwałości zdecydowanie wystarczą na wykształcenie nowych nawyków! Trudno powiedzieć jak długo to potrwa. Brytyjska psycholożka Phillippa Lally w swoich badaniach dowodzi, że osoby pragnące wykształcić u siebie takie rutyny jak codzienne jedzenie owoców lub regularny jogging musiały zmagać się ze swoją silną wolą aż przez 66 dni, aby pożądane zachowanie stało się odruchowe i automatyczne. Niektórym oczywiście zajmowało to mniej – około 18 dni, u innych trwało to nawet 245. Nie dziwi również, że niektóre przyzwyczajenia są dużo łatwiejsze do wykształcenia niż inne. Łatwiej jest zacząć jeść kilka jabłek dziennie (polski rząd na pewno popiera kształcenie tego typu nawyków ;), niż zacząć spędzać 5 godzin w tygodniu na nauce mandaryńskiego.




Akcja włosomaniaczka!

Myślenie stereotypem 28 dni bardzo ułatwia sprawę. Z jednej strony to wystarczająco długo, by trzeba było sięgnąć do zasobów silnej woli i się zwyczajnie postarać (później jakoś to będzie), z drugiej – nie jest to przecież niewykonalne. Dowodzą tego włosowe akcje typu grupowe picie drożdży, masowanie skalpu albo nakładanie oleju na włosy. Aż trudno uwierzyć ile osób nie tylko bierze w nich udział, ale z zapałek wykonuje regularnie te wszystkie dziwne włosowe rytuały! Czytelniczki blogów dotyczących włosów kryją w sobie niezmierzone pokłady determinacji. Zastanawia mnie tylko –dlaczego? I gdzie się podziewają wszystkie te, które jeszcze nie wyrzuciły prostownicy do kosza?


Chcę być znów piękna i młoda!

Uwielbiam robić listy, a listy z postanowieniami należą do moich ulubionych. Co najmniej raz w miesiącu postanawiam, że zacznę coś robić. Rezultaty? Rozmaite. Nagrodę dla przyjaciółki za tydzień bez papierosa przechowuję w szafce od miesięcy. Z regularnym bieganiem też nam jakoś nie wyszło. Ile z was postanawiało nie jeść słodyczy, więcej ćwiczyć, nie spędzać tyle czasu przed komputerem, a potem z przyjemnością zasiadało przed telewizorem z paczka chipsów czy słodkich ciasteczek, oglądając kolejny odcinek serialu? Po serialu na bieganie na ogół jest już za późno, a z tą dietą zawsze można zacząć jutro - to tylko dzisiaj taka sytuacja... Wbrew pozorom nie jest to jednak nic wyjątkowego. Fenomen ten opisywał już Sokrates jako akrazja i sprowadził go do zasadniczego pytania: jeżeli osoba świadomie decyduje się na najlepszy możliwy wariant zachowania, dlaczego  później robi coś innego? 

Nie chcę wywarzać tutaj otwartych drzwi, ale podejmując próbę zmiany nawyku niejednokrotnie ignoruje się fakt, że przyzwyczajenie jest naszą reakcją na potrzeby psychiczne. Jeśli objadamy się lodami każdego wieczora, albo codziennie godziny spędzamy przed lustrem robiąc makijaż lub prostując włosy - to może chcemy zaspokoić swoje potrzeby np. relaksu, komfortu i szczęścia. Wtedy zmiana lodów na brokuły nie wiele pomoże. To tak jakbyśmy chciały poprawić kondycję naszych włosów ( albo naprawiać samochód), za pomocą zmiany koloru na inny. Piernik i wiatrak mają ze sobą więcej wspólnego.



Ogród pełen kwiatów – róż, gardenii i narcyzów
Kobiecą blogosferę łatwo porównać do ogrodu. Przy rabatach wznoszą się kielichy blogerek-włosomaniaczek, rozkwitają blogerki-szafiarki, w cieniu drzew kryją się blogerki-wizażystki, a wśród traw rozchylają swe pąki blogerki-stylistki. Na niektórych rabatach znajdziemy jeszcze feministki, kucharki, świadome mamy itd. itp.. Mój blog też kryje się w tym gąszczu kwiatów, rozkwita powoli na rabacie narcyzów



Lubie czytać blogi osób, które zajmują się zawodowo rzeczami, o których piszą. Fryzjerki, stylistki czy dizajnerki, a nawet polityczki czy dziennikarki opisują rzeczy, które je fascynują. Co motywuje inne do pisania? Pragnienie pokazania się, pochwalenia nowymi kosmetykami, ciekawymi metodami pielęgnacji - w skrócie narcyzm i próżność.  Nic innego nie skłoniłoby nas do poświęcania tyle czasu i pieniędzy na wszystkie te zabiegi pielęgnacyjne, czy wręcz na wyplenianie dawnych przyzwyczajeń w imię posiadania pięknych włosów! 

Wraz z nawykiem świadomej pielęgnacji włosowej zyskujemy też niestety kilka innych, np. nawyk zwiększonej konsumpcji kosmetyków, zakrawający często na zakupoholizm; nawyk przesiadywania na blogach innych włosomaniaczek g o d z i n a m i , w poszukiwaniu nowych cudownych recept na piękne włosy, albo nawet nawet oglądania się za włosami innych dziewczyn na ulicy!

Jak zaspokoić potrzebę bycia podziwianym?

Proponuję zacząć od znalezienia kogoś, kogo znamy, lubimy i dla kogo zawsze będziemy piękne. Bez względu na to czy farbujemy włosy czy właśnie pachniemy rosołem z powodu kozieradki.

Wasza narcystyczna
Alice





Zanim mnie ktokolwiek zlinczuje za ten post - polecę krótki film - kampanię reklamową. Znacie?

(Pan rysownik rysuje kobiety tak jak one siebie widzą, a następnie robi drugi portret zgodnie z tym jak widzą je zupełnie obce osoby. TU link do strony )




czwartek, 7 sierpnia 2014

Kur Ku MA-ska!

Z czasem jest tak - zawsze jest go za mało. Jeśli jednak poświęcić go na relaksujące czynności i własne potrzeby, płynie jednak zaskakująco wolno! W te moje wieczoy tylko dla siebie, czuję jakbym miała go troszkę więcej! 

Dzisiaj dzień relasku i masek, dlatego na twarzy ląduje jedna, na włosach druga (elixir!). A tle relaksująca muzyka i czego chcieć więcej!



Zajrzałam do lodówki. Jogurt jest. Kurkuma i cynamon także. Woda różana też się znalazła. Czas przygotowania 2 minuty.


jogurt sojowy
2 łyczeki kurkumy
1 łyżeczka wody różanej (opcjonalnie)
ok. szczypta cynamonu

wymieszać. 
nakładać na twarz póki lekko nie zaschnie (~20 minut)




Maska, choć wszystkim dobrze znana, po raz pierwszy zapewne w wersji wege, ponieważ bez laktozy i tym podobnych kefirów, maślanek i jogurtów. Od lat nie jem nabiału, dlatego zawsze czytając takie przepisy  na maseczki z jogurtami w składzie zastanawiałam się, czy jogurt sojowy ma takie same właściwości jak np. jogurt zwykly?




No więc popatrzmy. W jogurcie alpro poza soją są także niestety jakieś stabilizatory, regulatory kwasowości itp., ale przy tym w większości to jednak wkład sojowy. Jest on również wzbogacony wapniem, witaminą D2, B12 oraz antyoksydantami i kulturami bakterii, co w sumie wychodzi skorze na dobre. Nie zastanawiam się więc zbyt długo - na twarz się nada. Przecież oleje sojowe stosuje się również w kosmetykach i to z całkiem dużym powodzeniem!





Przyznaję się bez bicia, że mieszankę kurkuma + jogurt czasami stosuje jako zamiennik jajka do naleśników, albo jako sos do warzyw. Z trudem oparłam się pożarciu jogurtu i ostatecznie wylądował w koncu na twarzy!


Maski wyszło za dużo, dlatego następnym razem dodam 1 czubatą łyżeczkę kurkumy i mniej jogurtu.


Efekty?

Następnego dnia rano w pracy koleżanka stwierdziła, że chyba się zakochałam, bo promienieję! :)! Efektów promieniotwórczych zapewne ta maseczka nie zapewnia, ale wygładzenie już tak! Skóra jest po niej bardzo miła w dotyku. Następnego dnia ten efekt nadal się utrzymuje.

Niektórzy przypisują tej maseczce również właściwości wybielające, lecz wierzę na słowo i nie oczekuję po niej zbyt wiele.


EEKTY UBOCZNE

Żółta twarz (domywałam olejkiem), żółty ręcznik i żółta umywalka.

Niestety po około 20 minutach zaczęła mnie też trochę szczypać przy zasychaniu - czym prędzej zmyłam. Mnie w każdym razie nie podrażniła.

Mimo wszystko wege wersję uważam za udaną.
Następnym razem do pełni relaksji dodam chyba również czegoś co ładnie pachnie :).
Może trochę olejku albo więcej wody różanej?


Żółtek!!!

 A jakie maski wy pichcicie w domu w czasie swoich relaksujących wieczorów? 


Alice




poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Jajko instant do włosów



Przyznam Wam się do czegoś. Nienawidzę jajek. Po prostu nie znoszę. Sama idea tego, że wychodzą one z tej biednej kury jest wystarczająco obrzydliwa, żeby ich nie jeść. O takie śmiejące się jajo jak na zdjęciu jest spoko, ale jeszcze je rozbijać, babrać się w tym paskudztwie i na włosy nakładać? Bleh. Malować i skrobać jajka jeszcze lubię nawet, ale przed zjadaniem się wzdrygam. 

Pewnie znacie też te wszystkie metody maseczek z jajka i piwa czy tym podobne klimaty. To znajcie sobie ;). Ja nie znam, nie stosuje i stosować nie będę. Powody estetyczne. Nadal mam jednak wyrzuty sumienia z powodu tego kosmetyku, który wynosi na Mont Everest pielęgnację olejami. Wewnętrzny narcyzm wygrał. Dostałam próbkę w aptece i koniec. Kupiłam. Oto moja spowiedź i kilka prób usprawiedliwienia się.

Phyto, Subtil Elixir, Intensywnie nawilżający olejek nabłyszczający do włosów suchych i bardzo suchych



Link do strony producenta
Wszystkie te blogerki oczywiście wklejają milion opisów składów i tym podobnych pierdół, które ja raczej omiatam wzrokiem. Na wszelki jednak wypadek macie tutaj wycinek ze strony można sobie więcej przeczytać. Na wizażu jeszcze tego nie ma. Oczywiście sam produkt nazywa się ELIXIR więc nie odkryję Ameryki jeśli zgadnę, że opis działania to w skrócie - będziesz dziewczyno wyglądać po tym olśniewająco! (Spoiler recenzji: mają rację!)

Z ważniejszych rzeczy - przeznaczenie włosy suche i bardzo suche, a także produkt do stosowania PRZED myciem. A to nic nowego. Nie wpadłabym na to żeby stosować olej po myciu, ale może ktoś na to by wpadł, więc dobrze, że napisali. W każdym razie jak klikniecie dalej to doradzają jeszcze stosować raz do 2 razy w tygodniu i na 10 minut. Oczywiście nigdy tak nie robię. Siedzę w tym na głowie zwykle około pół godziny albo i dłużej i także sporo częściej niż 2 razy w tygodniu, ale do spania raczej nie polecałabym. Nie jest to bowiem typowy olej, co więcej ma tendencje do wysychania po ok. godzinie.

No i skład:

Wybaczcie nędzną kopię. Oryginalne opakowanie zostało wyrzucone i ratuję się internetem. Stoi jak wół - EGG YOLK EXTRACT. Ekstrakt z żółtka jajka. Oh ble... Jak oni mogli mi to zrobić? No nic. Inne rzeczy to olej z z zarodków kukurydzianych ( mhm... ciekawe), skwalan (myślałam, że to na zmarszczki, ale widać nie tylko), a im dalej w las tym bardziej egzotycznie. Tylko ten olej słonecznikowy i nieszczęsne jajko brzmią swojsko. Nie zamierzam was jednak zadręczać informacjami na temat tych wszystkich dziwnych roślin. Najważniejsze jest bowiem - działa!


Jak widzicie nieco go już zużyłam, ale jest to dość wydajny produkt. Mniej wydajny niż standardowy olej - aczkolwiek używam tego cuda dość hojnie muszę przyznać.

Do czego się nadaje:
- okresowego zastąpienia typowego oleju - czymś specjalistycznym co sprawdzi się na każdych włosach (czytaj do włosów wszystkoporowatych).
- do naprawienia włosów, które z dziwnych powodów przesuszyły się lub spuszyły
- po zabiegach, które niefortunnie pozostawiły włosy w fatalnej kondycji (plus po wakacjach bardzo słonecznych i gdy chcemy włosy nabłyszczyć).

Czemu jednak to jajko i jak znalazłam elixir?
Przyznam wam się, jakiś czas temu miałam okropną wizytę u fryzjera. Pierwsze farbowanie na popielaty blond skończyło się strasznym kolor ciemnosiwozielonym. Po zobaczeniu mojej miny, fryzjer zafarbował włosy ponownie. Jakiś ciemny koszmar na głowie. Wróciłam do domu i nie mogłam rozpoznać się w lustrze. Całe życie byłam blondynką! Natychmiast w ruch poszedł dekoloryzator . Dwa tygodnie później kolejny i nowa farba. W końcu włosy wróciły do wyjściowego koloru rudawego blondu. Byłam załamana, bo włosy wcześniej wcale ale to wcale nie wypadały, a nagle zaczęły i stały się suche. Po Phyto sięgnęłam właśnie w akcie desperacji, gdy przy okazji aptecznych zakupów dostałam próbkę i nie zauważyłam, że jest z jajkiem. Nieopatrznie użyłam i poprawa była niezwykła.

Już przy myciu szamponem czujecie w ręku gładkie bardzo mocne i grubsze włosy. Zero plątania się, po prostu woda spływa po nich gładką taflą. Fantastyczne. Jeśli włosy są bardzo suche - nakładam na to jeszcze maskę lub odżywkę z emolientami. Czasami jednak sam ten kosmetyk + szampon wystarczają, żeby doprowadzić je do ładu.


Usprawiedliwiam się.
 Żeby zagłuszyć wyrzuty sumienia sprawdziłam jeszcze kilka informacji na temat pochodzenia tego produktu. W tym miejscu polecę wam jedną stronę, która jest kopalnią wiedzy na temat różnych rzeczy. Niestety nie jest po polsku, ale po niemiecku - www.codecheck.info .


Niemcy są biedni, bo nie mają wizażu, ale poszli na łatwiznę i stworzyli sobie całą fundację, która odwala za nich całą brudną robotę i im te różne produkty bada pod kątem składu oraz tego, czy opis na opakowaniu zgadza się z faktycznym działaniem produktu (sprawdzają też czy dany składnik faktycznie w produkcie występuje czy to tylko pic na wodę). Kto nie zna niemieckiego, niech używa google translatora - działa bez problemu. Wystarczy nazwę produktu poprawnie wpisać. Zielona trójka to znaczy godny polecenia - badanie oparte na analizie składu pod kątem szkodliwości dla zdrowia składników oraz ich nieekologicznego pozyskiwania (często olej palmowy obniża na przykład ocenę wielu produktów), a także tego czy faktycznie są. Siwa jedynka to ocena wskazująca, że tylko ocena niektórych składników produktów była wykonywana.
Następnie jest badanie organizacji zielonych BUND & Friends of the Earth Germany- wolny od hormonów.

Ok. Zielono. Uf. Mogę się usprawiedliwić.
Nie testowany na zwierzętach.
(tu zaraz ktoś powie, no jak to - ale oni sprzedają też w Hongkongu. Tak, oczywiście ale nie sprzedają do Chin. Hongkong ma inne regulacje jeśli chodzi o testowanie kosmetyków. Chińskie regulacje są stosowane w przypadku gdy producenci chcą sprzedawać na rynku chińskim, czego Phyto nie robi).
Koniec usprawiedliwiania się.
Dobrze poszło, prawda? Eko i tak dalej. Szklane opakowanie.


No dobrze - a czy to ma jeszcze jakieś wady?

Ano ma.

 - Nie da się tego kupić w Polsce. Pytałam w aptece, Pani była bardzo zdziwiona, że miałam próbkę tego, bo oni przecież tego nie sprzedają. Poleciła mi inny produkt. Ja swój eliksir kupiłam w Niemczech (w większości aptek można dostać) za około 20 kilka euro. Screenshot jest z brytyjskiej wersji strony, więc zakładam, że tam też można kupić. Można też próbować na ebayu.
- drogi!!! Cholernie drogi!
- nie wegański 

Czy kupię ponownie?
Oj tak strasznie bym chciała, gdyby nie to durne jajko! Za każdym razem się wzdragam, gdy tego używam (to nie żart). A przecież jest to bez wątpienia najlepszy produkt jaki do tej pory stosowałam do włosów! Bez dwóch zdań uzdrawia on moje włosy i porównałabym tydzień stosowania tego produktu to efektów miesiąca olejowania!

Jeśli jednak znacie coś co działa podobnie i nie zawiera jajka, piszcie!!! To naprawdę jest ELIXIR! Zdecydowanie zasługuje na tą nazwę!

Alternatywy dla wegan?

Sprawdzałam jeszcze ten. Też jest jakiś mega eko niewiadomo co.

PHYTO, HUILE D'ALES, intensywnie nawilżający olejek pielęgnacyjny dla włosów suchych


  Link do strony:

Cóż, czy to uwielbiam.... ee... za dużo powiedziane.
Używałam tego zanim zakupiłam elixir. Doradzała go również pani w aptece. 5 ampułek, jedna na tydzień. Plusem jest cena (ok. 40 zł) niższa w porównaniu do elixiru (choć wydajność nieporównywalna.. więc w sumie nie wiem czy to plus) oraz przede wszystkim dostępność w Polsce w aptekach (kupiłam w aptece Melissa). Koleżanka tej pani aptekarki stosowała to na ciepło podgrzewając wcześniej i zawijając następnie włosy w turban. Mnie się nie chciało bawić. Przelałam to w dołączony pusty flakonik i na włosy - i biegałam z tym pod czepkiem foliowym z pół godziny a potem myłam włosy.

Lepi się paskudztwo to strasznie, zapach trochę cytrynowy. Niby to oleiste, ale w zasadzie to nie bardzo. Klei się do włosów jak roztopiony cukier. Czy pomaga? Rezultaty nie są tak olśniewające jak w przypadku elixiru, ale trzy z plusem bym dała, a nawet zakupiłabym ponownie.Chociaż chciałabym tego mieć więcej niż tylko 5 ampułek. Wydawało mi się, że rezultaty nie były aż tak trwałe.

Minus to opakowanie. Flakonik wyślizgnął mi się z ręki w czasie aplikacji i ostatnia fiolka zamiast oglądać moją glacę, wylądowała na podłodze. Ech....

A skład... jakieś tam olejki zmieszane z innymi rzeczami typu hydrolizowana proteina pszenicy czy ocet.
O tu można przeczytać.


Jak widać wpływ na zdrowie tu też ładnie oznaczyli jako znikomy. Eko-cud miód i orzeszki.

Elixir na pewno z chęcią zużyję i traktuję go jako szokową terapię regenerującą dla moich włosów!
Jest naprawdę fantastyczny!



Macie jakieś doświadczenia z tą firmą phyto? A może znalazłyście już swój włosowy Mont Everest, który uczynił rewolucje na waszej głowie bez większego wysiłku ? :)

Alice

Słowo wstępu



Oto i kolejny blog dla włosomaniaczek. 

Samo słowo włosomaniaczka nie ma większego sensu. No bo nie chodzi przecież o wszystkie włosy, a jedynie te na głowie. Grzywa tam ma być długa i gęsta. Wszystkie inne włosy najchętniej byśmy obłudnie pousuwały lub regulowały (no może poza rzęsami, tutaj też pożądana jest tylko firanka). Poza tym maniaczka to ktoś, kto ma całkiem nierówno pod sufitem i nie potrafi skupić się na niczym innym niż w tym przypadku własna fryzura. Nie zdziwiłabym się gdyby opisano to zjawisko jako capilloreksja - maniakalnie dbałość o swoje włosy (jeśli nikt nie wymyślił jeszcze tej nazwy - rezerwuję sobie do niej prawa autorskie!).  Samo włosomaniactwo wznosi się zatem na szczyty narcyzmu i samouwielbienia, wyrażając prostą potrzebę wzbudzania uwagi i rekompensowania innych braków za pomocą wyglądu. Niewykluczone, że ma również podłoże psychiczne i powinno wzbudzić trochę więcej zainteresowania wśród psychologów.

Cóż, ten blog będzie dokładnie o tym, właśnie zgodnie z tą definicją :)! Umówmy się, że jeśli mówimy, że nasze włosy 'czegoś tam potrzebują' - to po prostu my potrzebujemy wyglądać zjawiskowo i ładnie wyglądające włosy mają nam w tym pomóc! Wierzymy, że nasze piękne włosy będą przykuwać uwagę, wzbudzać zazdrość i dodadzą nam pewności siebie. Owszem, mamy trochę nie równo pod sufitem - a już na pewno cechuje nas całkiem sporo próżności i narcyzmu.
No i co z tego? Tym blogiem dołączam do klubu zgraji babek zainteresowanych własnym wyglądem!

Moje włosy nie miały dotąd ze mną lekko, dlatego postanowiłam użyć blogowej formy do motywowania siebie samej. O samą pielęgnację dbam już od ponad pół roku, ze wzlotami i sukcesami, farbowaniami, ścięciami i intensywnym zapuszczaniem.

Cel - długie piękne zadbane włosy, które wzbudzają zazdrość innych! Ot, mój szczyt narcyzmu do osiągnięcia!

Jeśli ktoś ma ochotę czytać, kibicować, wspierać i komentować - oczywiście zapraszam :)!


Wasza

Alice